Wspomnienia z festynu

To był dzień, który dał nam Pan.

Niekiedy mawiamy, że ktoś jest wyjątkowy. Ktoś, albo coś – na przykład jakaś rzecz, bądź wydarzenie. I bardzo, tak bardzo chcemy, aby wszyscy nam uwierzyli, że nie jest to tylko retoryczna figura, lecz szczera prawda. Nie błyskotka, ale prawdziwy kruszec. Myślę jednak, że nie muszą stawać przed tą koniecznością ci, którzy wówczas tam byli, a dziś pragną opowiedzieć o tym innym.

A przecież nasza impreza nie była taka jak każda. Ona miała być wyjątkowa. Przede wszystkim nasza, przy czym “my”, to nie jej organizatorzy, lecz my wszyscy – kozieniczanie
i odwiedzający nasze miasto goście, krewni i sąsiedzi na co dzień nie zawsze może pogodzeni, dziś zjednoczeni wspólną dobrą myślą i ideą. Jej wymiernym zaś celem miało być zdobycie środków na działalność kozienickiego domowego hospicjum, a także inicjację budowy hospicjum stałego pobytu, środków płynących ze szczodrobliwości otwartych serc.

Tymczasem nastał dzień piękny, ciepły, słonecznozłoty. “Panu Bogu dzięki, bo to jego dzieło i naszej Patronki Sługi Bożej Kazimiery Gruszczyńskiej, że i pobłogosławił nam pogodą” – powiedział, wznosząc wzrok ku niebu ks. Tomasz Pastuszka. Dokoła rozciąga się wielobarwne namiotowe miasteczko od rana sprawnie wzniesione na terenie goszczącego festyn i jego uczestników Ogrodu Jordanowskiego,  którego dyrektorka, pani Urszula Strzelczyk,  oraz pracownicy przez cały czas służyli nam wszystkim swą życzliwością i pomocą.

Plac zaczyna wypełniać muzyka i goście – dorośli, mniej dorośli i całkiem niedorośli przybywają pojedyńczo i rodzinnymi grupkami. Tłum gości gestnieje, a to znak, że czas oficjalnie zainaugurować wydarzenie.

Na ustawionej “ w centrum wydarzeń” estradzie pojawiają się oficjalni goście, pośród nich m.in. honorowi patroni: Piotr Kozłowski – Burmistrz Gminy Kozienice i Andrzej Jung – Starosta Powiatu Kozienickiego oraz przedstawiciele oficjalnych partnerów: Marcin Łukasiewicz – Wiceprezes Enea Wytwarzanie i Irena Bielawska – Prezes LGD “Puszcza Kozienicka”. Ciepłym serdecznym słowem otwarcia festynu dokonał ks. Kazimierz Chojnacki,

Proboszcz Parafii Świętego Krzyża w Kozienicach. Później ze sceny popłynęły kolejne, pełne zaangażowania zapewnienia napełniające wiarą, że hospicyjne dzieło zostanie dopełnione.

Burmistrz Piotr Kozłowski deklaruje granty finansowe oraz przekazanie nieruchomości z zasobów gminy, podkreślając, że za dwa, trzy lata stacjonarne hospicjum służyć będzie całej Wspólnocie.

“Tego typu inicatywy wspierałem i będę wspierał, bez względu, co będę robił w swoim życiu” – to jakże piękne zapewnienie Poseł na Sejm RP Andrzej Kosztowniak uzupełnia wezwaniem – “Otwórzmy szeroko głowy, ręce i portfele, aby wspierać ludzi przeżywających ostatnie chwile godnie…”. A słowa te stają się zapowiedzią dalszych wydarzeń wypełniających czas festynu.

Pod sprawnym kierunkiem fantastycznych konferansjerów, Edyty Zawadzkiej i Krzysztofa Pająka przewijają się kolejne zespoły. Uczniowie Szkoły Muzycznej I Stopnia w Kozienicach
od kierunkiem nauczycieli prezentują swój najlepszy repertuar. Sekundują im dzielnie młodzież i  dorośli z sekcji artystycznych Kozienickiego Domu Kultury oraz chóralne zespoły seniorów. Wszyscy na miarę swego talent i umiejętności, których można tylko pozazdrościć.

Estrada rozbrzmiewa śpiewem i muzyką, mieni się barwami kostiumów i strojów ludowych ufundowanych przez LGD “Puszcza Kozienicka”. Istna feeria radości i życia – zawsze zwycięskich. I tak będzie do późnego wieczora rozkołysanego swojskimi rytmami zespołów
“Crowd & Goran” i “Quatro Band”. A pośród gwiazd, ta świecąca najjaśniej, czyli znany muzyk i kompozytor Robert Chojnacki. Zapytany, jak przyjął ofertę występu pro bono na
naszym festynie powiedział krótko i bez patosu” Wahałem się pięć minut. Znam wasze miasto, zresztą moja żona stąd pochodzi”.

No i wreszcie rzecz bardzo ważna. O pieniądzach mówi się zazwyczaj z pewnym skrępowaniem, ale z pewnością nie tym razem. Wiadomo, że festyn obliczony był na wymierny finansowy efekt, przeznaczony na szczytny cel. Otworzyły się więc szeroko nie tylko portfele, ale i serca. Pomiędzy blokami artystycznych występów rozgorzała zacięta licytacja. “Pod młotek” poszły  vouchery i talony na różne usługi oferowane przez naszych
przedsiębiorców, było złote pióro Burmistrza, sukienka Magdy Gessler i wiele innych wartościowych przedmiotów. Bywało, że zdobyte w aukcyjnym ferworze, wydawać by się mogło upragnione zdobycze, powtórnie trafiały na stolik aukcjonera, tylko po to, by ich nabywca znów stanął w licytacyjne szranki. I to chyba najlepiej oddaje ducha tej niezwykłej
sprzedaży.

Cóż jeszcze można dodać, gdy wszystko było, jak trzeba, nadzieja, uśmiech, kęs chleba – słowa same układają się w rym. Chyba radość dzieci korzystających z gier, przejażdżek konnych i  motocyklowych zabawy na dmuchanym zamku i innych jakże licznych atrakcji.
A także zadowolenie ich rodziców fundujących dziatwie chwile radości ze świadomością,
że czynią jeszcze dodatkowe dobro.

W tym właśnie kontekście utkwiły mi wymownie w pamięci słowa wypowiedziane wówczas przez pana Marcina Łukasiewicza. Ich sens, niezmiernie prosty i oczywisty, choć zwykle zapominany w obliczu życiowych sukcesów, był ano taki, że bez względu na to, jak dobrze się komu powodzi i jak wysoko dziś zaszedł, każdy z nas sam kiedyś może z utęsknieniem wyglądać czyjejś pomocy. Myśl ta była nam pewnie nieobca, gdy kupowaliśmy tanie drobiazgi na “straganie rozmaitości”, kiełbaski od harcerzy Zawiszaków
pyszności ze stoisk Kół Gospodyń Wiejskich, miód od leśnych pszczół w namiocie Nadleśnictwa Kozienice, czy choćby zwykłą wodę sodową z saturatora KGK.

A mówię to bez zawstydzenia – poczucie wspólnoty kruchego ludzkiego losu, to niezła płaszczyzna budowy wspólnoty braterstwa.

« 1 z 2 »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *