Dzienne archiwum: 7 kwietnia 2021

Wspaniała dwudziestka.

Karolina? Obecna! Konrad jest? Obecny! Marysia? Jestem! Wiktoria? Jest! Paweł? Obecny! W ten sposób odliczamy do dwudziestu, bo tylu dzielnych młodych ludzi liczy grupa, która w poniedziałek Wielkiego Tygodnia wyruszyła na ulice Kozienic, niosąc wzruszające dary. Zapytacie pewnie, cóż to za dary i dla kogo zostały przeznaczone? Nazwaliśmy je, zgodnie z tradycją przeżywanego właśnie Zmartwychwstania Pańskiego, wielkanocnym koszyczkiem dla chorego i choć w istocie, ze względów praktycznych, koszyczki zostały zastąpione płóciennymi torebkami z logo Kozienickiego Hospicjum, ich symbolika i przesłanie zostały zachowane. Odbiorcami tych wdzięcznych dowodów pamięci byli chorzy pozostający pod opieką Kozienickiego Hospicjum im. Matki Kazimiery Gruszczyńskiej, które w ten sposób chciało posłać im promyk ciepła nadziei i wsparcia. Uczyniło to zaś poprzez ręce nieocenionych współpracowników – wolontariuszy, uczniów klas ósmych PSP nr 1             im. Urszuli Kochanowskiej w Kozienicach, których chcemy przedstawić nieco bliżej.

Działający obecnie zespół wolontariuszy zawiązał się w roku 2019, zaś jego opiekunkami i animatorkami są panie: Urszula Grabiec, Elżbieta Komorowska, Ilona Staromłyńska i przewodząca grupie Paulina Zawadzka. Początkowy okres naznaczony był poszukiwaniem kierunków działania, można rzec, określaniem własnego miejsca na mapie rozległej krainy wolontariatu. Okazję ku temu dawały ogólnopolskie akcje charytatywne, te jednak, z uwagi na swój zasięg, limitowały ilość uczestników. A chętnych było naprawdę wielu. I jeszcze jedna rzecz nurtowała i młodzież i opiekunów, a mianowicie, żeby stworzyć coś własnego, lokalnego, dla miejscowego środowiska, bowiem, wbrew pozorom, niekiedy łatwiej wejść na przetarty już szlak, niż zapukać do drzwi sąsiada.

Dlatego też, oprócz uczestnictwa w szerszych inicjatywach, wolontariacką młodzież coraz silniejsze więzy zaczęły łączyć z Kozienickim Hospicjum. Fakt, że panie opiekunki, są jego członkiniami, nie był tu zapewne bez znaczenia, lecz to nie on przesądził o wyborze. We wrześniu 2019 r., w jeden z pięknych ostatnich dni lata w Ogrodzie Jordanowskim w Kozienicach odbył się I Kozienicki Festyn Hospicyjny. Trudno dziś, po czasie, oddać, opisać, jak wspaniała atmosfera wówczas tam, gdzie zebrało się „całe miasto”, panowała, a ludzie otwierali serca dając dowody altruizmu i szczodrobliwości. Oni, wolontariusze, okleiwszy wcześniej Kozienice plakatami informacyjnymi, byli tam również chłonąc wszystkimi porami tą atmosferę, ucząc się działania i współdziałania w grupie. Zobaczyli, jak fajnie jest poczuć się kimś bardzo potrzebnym. Później, gdy nadeszły Święta Bożego Narodzenia, na choince stojącej w kościele p.w. Świętego Krzyża pojawiły się serduszka przyjęte następnie przez darczyńców, którzy sfinansowali świąteczne paczki dla podopiecznych hospicjum. Wtedy to nasi wolontariusze po raz pierwszy spotkali się z osobami dla których powołano nasze Stowarzyszenie. Wymienili spojrzenia, dotyk dłoni.

Wydawałoby się, że młodość pragnąc własnej nieprzemijalności, przekonana o niej, ucieka od choroby, cierpienia, że taki stan ludzkiej kondycji ją peszy… Przekonajmy się zatem.

Przedwielkanocny poniedziałek, miejsce zbiórki. Dziewczęta, chłopcy schodzą się na oznaczoną godzinę. Pani Paulina zlicza wszystkich.          

   – Dobrze, jesteśmy w komplecie.  Część chłopców przyjechała na rowerach, które, początkowo wydając się zbędnym balastem, obwieszone hospicyjnymi torbami, okazały się przydatnym środkiem transportu. Tak szli, od domu do domu, wszędzie oczekiwani, wszędzie witani serdecznie i z wdzięcznością. A oni rewanżowali się tym samym. Niekiedy zdarzały się drobne spory, kto wręczy paczkę kolejnej osobie – „ty już byłaś, teraz moja kolej”, „spoko, ja robiłam karteczkę dla tej pani” – niwelowane dzięki mistrzowskiemu arbitrażowi pani Pauliny.

Kiedy po raz pierwszy przełamana zostaje bariera anonimowości, nie ma już miejsca na speszenie, rezerwę, czy jakiekolwiek obawy. Jest za to wzruszenie otwierania podarunków, głośnego czytania życzeń Błogosławionych Świąt Wielkanocnych i szczerych zachwytów nad wykonanymi przez uczniów karteczkami, które urastają do rangi bezcennych dzieł sztuki. Są też pytania do ich autorów i szczere rozmowy, takie, jakie doświadczeni życiowo ludzie potrafić prowadzić z pokoleniem wnuków. Bywały więc także i łzy kręcące się w oczach wolontariuszy, kiedy po zakończeniu wizyty zmierzali w milczeniu ku następnym odwiedzinom.

Tradycje szkolnego wolontariatu są u nas, także w Kozienicach, znacznie dawniejsze niż samo używanie tego słowa, zastępowanego niegdyś innymi określeniami, kryjącymi w sobie niesienie bezinteresownej pomocy. Dziś cieszy, i napawa otuchą ich kontynuacja, uwrażliwianie młodego pokolenia na potrzeby drugiego człowieka. Nasi cenni pomocnicy z PSP nr 1 dostarczyli upominki podopiecznym hospicjum mieszkającym w Kozienicach. Dalej, do osób zamieszkałych we wsiach naszej gminy dotarła z serdecznym przesłaniem pani Iwona Pajączkowska. Niebawem ukończy studia medyczne, ale pewnie jeszcze nie tak dawno, gdzieś na miejscu zbiórki odpowiadała : „Jestem!”.

„Wielkopostna Niedziela”

Na początku było  źródełko. Małe, lecz dzielne, biło wysoko w górach, tocząc krętą doliną swe wody. Po drodze dołączały doń inne strumyki, coraz liczniejsze. Aż stały się rzeką.

„To historia naszego Kozienickiego Hospicjum” – mogą powiedzieć dziś Ci, którzy pierwsi powzięli zamysł jego utworzenia. I nie chodzi tu o jakąś prywatną satysfakcję, lecz radość, autentyczną radość, że dobro przyciąga dobro, szerzy się, zatacza coraz to bardziej rozległe kręgi.

Namacalnym tego dowodem była  „Wielkopostna Niedziela” przygotowana w kościele Parafii Świętego Krzyża w Kozienicach. Podczas tej, kolejnej już akcji charytatywnej zainicjowanej przez Kozienickie Hospicjum, po każdej Mszy Świętej można było zaopatrzyć się w postny, lecz ze smakiem przyrządzony poczęstunek. A był on zasługą dzielnych pań z okolicznych Kół Gospodyń Wiejskich.

„Ziemniaki obrać, wypłukać i posiekać tasakiem…” – tak, sensacyjnie niemal, zaczyna się wstęp do sekretnego przepisu na słynną kapustę dębową, specjalność naszych Stanisławic. Jego strażniczki z KGW „Nowoczesna Gospodyni”, jak widać, uchyliły nam rąbka tajemnicy. Stanisławicom dzielnie wtórował Głusiec. Panie z tamtejszego Koła Gospodyń Wiejskich naprzeciw dębowej kapuście postawiły postne krokiety.  Kto nie próbował, niech wierzy na słowo – wybór był trudny – tym bardziej, że w konkurencji na najlepsze danie „Wielkopostnej Niedzieli” z pierogami nieopisanej dobroci dodatkowo stanęły  w szranki kozienicki „Bar pod Sosną” i „Tawerna Stawiska” z Garbatki.

Przed kościołem zaroiło się też od młodzieży. Wolontariusze z PSP nr 1, pod opieką pani Pauliny Zawadzkiej, pamiętając o Tych, którym chcemy służyć, zbierali środki na wielkanocny koszyczek dla chorego, oferując w zamian sympatyczne cegiełki w postaci cukierków z niespodzianką. Przybyła też młodzież z I Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego. Jej reprezentanci, wolontariusze z grupy projektowej „Zwolnieni z Teorii”, przynieśli ze sobą pyszne domowe wypieki.

Ten pierwszy wiosenny dzień do ciepłych nie należał, a jednak rozgrzał nasze serca wewnętrznym żarem. Podobnie jak w trakcie minionych „Słodkich Niedziel”, nie skąpiąc grosza, kozieniczanie szczodrobliwie odpowiedzieli na naszą propozycję. Dzięki ich wielkiemu zaangażowaniu udało się zebrać dokładnie 3674 zł i 20 gr, tak bardzo potrzebnych na bieżącą, niesioną przez hospicjum pomoc.

Chlebki Świętego Klemensa.

Niedziela przypadająca na dzień 14 lutego 2021, upłynęła w Kozienicach pod znakiem słodyczy – zarówno serc, jak i podniebienia. I chociaż była to dopiero druga „Słodka Niedziela”, mamy wielką nadzieję, że dzięki szczodrobliwości coraz szerszych kręgów przyłączających się do akcji osób, przejdzie, zarówno ona sama jak i jej nazwa, do naszego obyczaju. Zadomowi się i wrośnie w nas na trwałe.

Ostatnie wydarzenie zaowocowało wymiernym efektem – na konto Kozienickiego Hospicjum trafiły środki zebrane przez wolontariuszy, w kwocie 3800 zł, tak niezbędne dla jego funkcjonowania. A ponieważ nasze marzenia urzeczywistniają się dzięki dobrej woli wielu ludzi, wspomnijmy o bohaterach ostatniej niedzieli – piekarzach oraz cukiernikach reprezentujących firmy z Kozienic i z naszego regionu. Wymieniamy je w poczuciu, że dobre czyny zasługują na wdzięczność i uznanie:

– Babula Ryszard i Mariusz i Jarosław Piekarnia

– „GRAHAM” Pietrzyk i Wspólnicy

– Kowalczyk Piekarnia

– Andrzej Nercz Jakub Nercz Piekarnia

– Piekarnia Oskroba S.A.

– Mariusz i Jarosław Prawda Cukiernia.

Zaangażowanie naszych dobroczyńców wpisuje się pięknie w działalność ich patrona, a był nim Święty Klemens Maria Hofbauer, prezbiter. Polecając naszych piekarzy i cukierników pieczy ich patrona, przypomnijmy arcyciekawą historię jego życia. Nasz Święty urodził się w 1751 roku na Morawach. Na chrzcie otrzymał imię Jan. Gdy miał 7 lat, zmarł jego ojciec, z rzeźniczego rzemiosła zapewniający dotąd skromny byt swojej licznej rodzinie. Ciężar utrzymania dwanaściorga dzieci spoczął wyłącznie na barkach matki. Dwojąc się i trojąc, dzielna kobieta sprostała zadaniu, przygotowując dzieci do samodzielnego życia i ugruntowując w nich silną wiarę.

 Jako chłopiec Janek, wzorem starszego brata, chciał zaciągnąć się do wojska. Ostatecznie został piekarzem. Wewnętrzny głos szepcze mu jednak coś innego. Żegna więc rodzinne strony i wyjeżdża do Tivoli we Włoszech – tam przywdziewa habit pustelnika i przyjmuje imię Klemens Maria. Z czasem, choć bardzo ceni samotną modlitwę za ludzi i wszelkie sprawy tego świata, przestaje mu ona wystarczać. Pragnie żywego kontaktu z ludźmi, kapłaństwa otwartego na ich potrzeby duchowe, ale także egzystencjalne. Chciał pomagać i jeszcze raz pomagać. W taki oto sposób, czy raczej dzięki temu, Klemens powrócił w rodzinne strony i po dawnemu, w przyklasztornej piekarni klasztoru Ojców Norbertanów – Klosterbrcük (Znojmo), wypiekał chleb dla biedaków.

Cały czas marzył o kapłaństwie. Po latach upartych dążeń udało mu się ten cel zrealizować. Dzięki pomocy zacnych, przejętych jego głęboką wiarą protektorek zdobył na Uniwersytecie Wiedeńskim konieczne wykształcenie. Intelektualna atmosfera uniwersytetu, jak i samego Wiednia, panujące tam obyczaje, były jednak dla Klemensa źródłem nieustających przykrości. Oświeceniowa Europa bałwochwalczo wielbiąca rozum, jako jedyne kryterium i drogowskaz ludzkiego postępowania, nie sprzyjała ludziom wierzącym i religijnie zaangażowanym. Nawet przygotowujące do kapłaństwa studia teologiczne poddane były kontroli państwa i przesycone duchem tzw. krytycznego racjonalizmu. Uparty w dążeniu do celu, poszukujący, kieruje więc swe kroki do Rzymu, gdzie wstępuje do nowicjatu młodego natenczas zakonu redemptorystów. Tą samą drogę obiera pielgrzymujący wraz z przyszłym Świętym Tadeusz Hübl, który od tej pory stanie się wiernym towarzyszem i współpracownikiem Klemensa.

Widząc ogromny religijny żar młodych zakonników przełożony Zgromadzenia Redemptorystów posyła ich na północ, by krzewili tam idee zakonu. Najpierw do Austrii – tu jednak trafiają na mur niechęci. Jakże cesarz, który zamknął ponad 1000 klasztorów, miałby się zgodzić na powstanie nowego? W tej sytuacji dwaj bracia, Klemens i Tadeusz, ruszają dalej, z zamiarem dotarcia na Pomorze. Wraz z nimi podąża trzeci towarzysz, Piotr Kunzman, z zawodu także piekarz.

I tak w lutym 1787 r. przybyli do Warszawy. Zima tamtego roku była ostra, drogi niepewne, a „trzej piekarze” bez grosza przy duszy, jako, że te ostatnie oddali spotkanemu w drodze żebrakowi. W tej sytuacji, z wdzięcznością przyjmują propozycję nuncjusza papieskiego, aby pozostali w Warszawie „na czas jakiś”, prowadząc w przydzielonym kościółku św. Benona duszpasterską posługę. I tak coś, co miało stanowić epizod, popas w podróży, przeciągnęło się na pełne 21 lat wytężonej pracy Klemensa, która opromieniła go chwałą świętości.

Duszpasterstwo redemptorystów miało otoczyć mieszkających w Warszawie Niemców. Początkowo bracia głosili Słowo Boże do pustych ławek. Niemiecka ludność nie garnęła się do kościoła, zaś zamieszkujący jego okolice Polacy nie ufali „niemieckim” zakonnikom. Pomału jednak, nauczywszy się języka polskiego i niosąc nieustanną pomoc ubogim, bracia przełamują tą nieufność. Pozyskują też kolejnych nowicjuszy.

Niestety, czynione dobro budzi złość wrogów Kościoła. Tu trzeba wspomnieć sytuację panującą w ówczesnej Europie w tym także w Polsce. Były to czasy, gdy ludzkie umysły opanowały idee głoszące nienawiść do religii i ludzi wierzących. Z jednej strony był to oświeceniowy racjonalizm, stawiający w pozycji bóstwa ludzki rozum przeciwstawiony wierze. W parze z nim szedł zbrodniczy powiew krwawej rewolucji francuskiej, terroru jakobinów siejącego w imię górnolotnych haseł zniszczenie i śmierć. Bardzo popularne, również w naszym kraju, stają się idee nienawidzących Kościoła masonów, zakładających swoje kolejne loże. Na to wszystko zaś nakładają się dynamicznie następujące wydarzenia w chylącej się ku upadkowi Rzeczypospolitej, kierowanej przez słabego i chwiejnego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego: rozbiory Polski i próby jej ratowania w postaci reform Sejmu Czteroletniego i Konstytucji 3 Maja, konfederacja targowicka, będąca zniweczeniem polskich wysiłków. Później Europą wstrząsają wojny Napoleona, a Polacy, złączywszy z nim swój los, wraz z jego klęską po raz kolejny przegrywają swą historyczną kartę. Wszystkie te w ogromnym skrócie przypomniane wydarzenia, pokazują, jak ciężkie były warunki pracy Klemensa i pozostałych zakonników, oraz jak łatwo było w panującej wówczas napiętej atmosferze o nieufność i podejrzliwość.

W pewnym momencie prześladowcy decydują się na rzecz straszną. Nie śmiąc wystąpić jawnie, posyłają do zakonu paczkę z zatrutym jedzeniem, które powoduje śmierć czterech braci. Niedługo potem, wskutek pobicia i zadanych mu tortur, umiera najwierniejszy przyjaciel Klemensa ojca Tadeusz Hübl – wcześniej podstępnie zwabiony i uprowadzony pod pretekstem udzielenia Sakramentu Chorych.

Pomimo tak skrajnie trudnych warunków, Klemens oraz pozostali redemptoryści dokonali tak wiele rzeczy dobrych i pięknych. Wojny i towarzysząca im bieda zapełniały ulice Warszawy bezdomnymi sierotami. W odpowiedzi Ojciec Klemens tworzy więc sierociniec wraz ze szkołą elementarną, gdzie znajduje opiekę od 100 do 400 dzieci. Własne doświadczenia z okresu młodości powodują, że świetnie wie, ile znaczą nauka, wiedza i jaką dają szansę wyjścia z biedy i społecznego poniżenia. Tworzy więc kolejno szkołę rodzin rzemieślniczych i szkołę dla dziewcząt, którą powierza szlachetnym warszawskim niewiastom. Idzie do ludzi biednych, sprawuje opiekę nad licznymi w Warszawie, pracującymi u zamożniejszych ludzi służącymi. Prowadzi też duszpasterstwo ulicy, pomagając prostytutkom, pragnącym życia. Wspiera je duchowo, oraz w miarę możności materialnie, ułatwiając powrót na dobrą drogę. Możemy sobie wyobrazić, jak wielkich środków wymagała ta praca. Kiedy nie wystarczały dotacje króla S.A. Poniatowskiego i Komisji Edukacji Narodowej oraz charytatywne zaangażowanie ludzi o wrażliwych sercach, bracia zdobywają je sami. Kiedy trzeba, Klemens pracuje jako pomocnik w piekarni  w zamian za chleb dla swoich podopiecznych, kiedy trzeba, żebrze. Pewnego razu zaszedł do szynku, gdzie, proszącego o wsparcie, znieważył czynnie jeden z biesiadników. Przyszły święty wytarł twarz i spokojnie rzekł: „To było dla mnie, a teraz dajcie coś dla moich sierot”. Wrażenie było niezwykłe. Pijacy, grający w karty, bynajmniej nie święci, zgarnęli ze stołów pieniądze i dali jałmużnikowi. I tak na zbożnych dziełach zeszło Klemensowi w Warszawie kawał życia, które uczyniło go także polskim świętym.

Niestety, na skutek wspomnianej wcześniej nagonki ze strony prześladowców, w 1808 r. redemptoryści muszą opuścić ówczesną Polskę. Po latach pobytu na naszej ziemi Klemens wraz z braćmi wraca do Wiednia, z którym w przeszłości już raz musiał się rozstać. Rozwija tam ożywioną pracę nad formowaniem duchowości wiedeńczyków, bardzo wielu sprowadzając na nowo na łono Kościoła. Jego wytrwałość po latach  została nagrodzona. Nie doczekał co prawda utworzenia pierwszego Domu Redemptorystów w Austrii, ale, gdy odchodził z tej ziemi, a stało się to 15 marca 1820 r., wiedział, że dzięki jego staraniom niebawem to nastąpi. „Jak biblijny Mojżesz, doprowadził swój lud do Ziemi Obiecanej, ale nie żył na tyle długo, żeby do niej wejść”.

20 maja 1909 roku papież Pius X ogłosił Klemensa Hofbauera świętym Kościoła katolickiego. W 1913 został ogłoszony drugim patronem piekarzy, zaś w 1914 papież Pius X przyznał mu tytuł patrona Wiednia. W tym też mieście ukształtował się piękny wzruszający obyczaj. 15 marca, kiedy Kościół wspomina Świętego, w kościołach po nabożeństwach rozdawane są chlebki Świętego Klemensa. Zapoczątkujmy go może w Kozienicach. Nawiązując do tegorocznego daru serc piekarzy naszego regionu, poprośmy, by wspólnie uczynili z tego wydarzenia trwałą tradycję, tak pięknie wpisującą się w życie i dzieło ich Patrona, przekazując Kozienickiemu Hospicjum małe chlebki rozprowadzane corocznie 15 marca, w dniu jego święta.